Szybka nawigacja

Seryjny szlochacz

Data publikacji: sobota 28 lutego 2009
Autor: Magdalena Rydzik Publikacje autora Drukuj publikację {PDF=Zapisz jako plik pdf publikację^plugin:content.110}
Dział: Media w rodzinie > Telewizja
Odsłon: 2366

Miliony widzów wciąż chcą śmiać się i płakać z bohaterami swoich ulubionych seriali. Medialni potentaci zbijają na tym fortunę. Serial staje się dla widza pocieszającą go „lepszą” wersją realnego życia.

Gdyby spytać, co robi najczęściej przeciętny widz seriali, odpowiedź brzmiałaby: płacze. Płacze, bo w ulubionej telenoweli rodzi się potomek głównego bohatera, a ten nie wie, co pocznie, gdy wróci z nim do domu. Płacze, gdy w kolejnym tasiemcu matka cierpi z powodu niesłusznie oskarżonego o kradzież syna. Rozpacza, gdy ekranowa córuchna wychodzi za mąż, a jej ojczulek wzrusza się na widok panny młodej w białej sukni.

A ponieważ chłopaki nie płaczą, to zupełnie oczywiste jest to, że najczęstszymi „oglądaczami” seryjnych produkcji są kobiety. Potwierdzają to liczne badania, w tym najnowsze (listopad 2008 r.) przeprowadzone na zlecenie UPC Polska. Według tego raportu wśród pań aż 78 proc. pozostaje fankami seriali, podczas gdy panowie przyznają się do tego faktu jedynie w 47 proc.

– Seriale bliższe są psychice kobiety; chodzi przede wszystkim o ich emocjonalność i koncentrację na relacjach. Panie lubią sentymentalność, romantykę i słodycz, podczas gdy ja na przykład wolę myśleć o budowie czołgu – wyjaśnia prof. Zbigniew Nęcki, psycholog społeczny. To nie przypadek, że właśnie niewiastom dedykowane są wszystkie produkcje z literką M: „M jak Miłość”, „Pierwsza miłość”, „Tylko miłość”… Ale płeć to nie wszystko, aż 74 proc. miłośników telenowel mieści się w grupie wiekowej 55-70 lat i mieszka w małych miejscowościach. Statystyce zawdzięczamy zatem obraz „seryjnego oglądacza” – raczej starsza pani, która szybkim krokiem powraca ze spotkania wiejskiego koła seniorów, by zdążyć na „Klan”, potem „Plebanię”, „Barwy szczęścia” i „M jak miłość”.

– Serial stał się dla wielu ludzi najpopularniejszą formą rozrywki. Jest ona dość łatwo dostępna, zrozumiała, po prostu egalitarna. Na wyciągniecie ręki – także na wsi czy w małych ośrodkach, gdzie nie ma teatru, kina czy muzeum. Nic więc dziwnego, że jak wskazują badania, właśnie w mniejszych ośrodkach grupuje się znaczny procent wiernych widzów seriali – komentuje Ilona Łepkowska, scenarzystka i producentka filmowa, autorka serialowych scenariuszy.

Konsumentka serialowa ma mentalność podglądacza, a telenowela daje jej możliwość zaglądania w sferę intymną innych ludzi bez potrzeby ustawicznego wyglądania przez okno. Jej światem zaś rządzą schematy typowe dla tego typu produkcji: niechęć teściowej do synowej, zazdrość teścia o zięcia, rywalizacja synowych i związki zmierzające do apogeum kobiecej egzaltacji życiem, czyli zaręczyn, ślubu i narodzin dzieci. Wszystko, co nie mieści się w tej konwencji, serialowa pani odrzuca natychmiast jako nieprzyzwoite wynaturzenie, zbyt trudne do przyjęcia zarówno w życiu, jak i na ekranie.

– Niebagatelną, moim zdaniem, przyczyną tak masowej popularności seriali jest też kusząca i bardzo potrzebna widzowi wizja „lepszych zakończeń”. Prawdziwe życie jest często podobne do serialu (albo raczej – odwrotnie), ale problemy rozwiązuje się w nim trudniej, ból trwa dłużej, kłótnie wygasają po znacznie dłuższym czasie… Serial staje się więc dla widza pocieszającą go „lepszą” wersją realnego życia – analizuje Łepkowska.

Jednak przyprawianie gęby serialowej cierpiętnicy wyłącznie kobietom, to zdecydowanie przesada, bo prawda jest taka, że w skrytości ducha kochamy seriale wszyscy. Także przedstawiciele płci brzydkiej. Jak potwierdza badanie UPC, filmy w odcinkach ogląda aż 63 proc. Polaków w wieku 15-70 lat, a 62 proc. z nich ma swój ulubiony tasiemiec, który śledzi regularnie. – Środowisko wielkomiejskich, dobrze ustawionych 30-latków nie ogląda „Klanu” i „Plebanii”, podobnie jak starsze kobiety na wsiach nie oglądają gromadnie „Magdy M.” i „Brzyduli”. A w dodatku panie zwykle oglądają coś innego niż mężczyźni. Przecież nie od dziś istnieją „gatunki męskie” zapewniające kontrolę, wyraziste rozwiązania fabularne i na ogół oparte na przemocy oraz „kobiece”, cechujące się brakiem rozstrzygnięć, załamaniem linii fabularnej, raczej delikatne, zazwyczaj nie oparte na sile – podkreśla prof. Wiesław Godzic, medioznawca.

Mediaplannerzy wyróżniają nawet kilka podstawowych gatunków seriali. Męskie produkcje to: „Włatcy móch”, „Świat według Kiepskich” oraz „Skazany na śmierć”. Najbardziej kobiece są: „Na Wspólnej”, „Barwy szczęścia”, „Samo życie”. Przykładowo, tasiemiec „Moda na sukces” przyciąga wielu emerytów, zaś produkcje TVN, czyli „Brzydula”, „Niania” i „Na Wspólnej” są dedykowane nie mieszkańcom wsi, a miastowym.

Ale chociaż widownia seriali jest zróżnicowana, to reklamy nadawane przy okazji ich emisji generalnie nie mają ani płci, ani przynależności do klasy społecznej. Przed wszystkimi tasiemcami zobaczymy więc reklamy Rexa i Espumisanu. Nawet wielkomiejski TVN nie odbiega od przyciągania modelu łkającej seniorki. – Firmy, które wydały u nas najwięcej pieniędzy przy serialach, to Nestle, Polkomtel, Unilever, Coca-Cola, PTC, L’Oreal, Ferrero, a więc przedstawiciele branż, których obecność przy każdej telenoweli chyba nikogo nie dziwi – zauważa Dorota Klamka z biura reklamy TVN.

Branżami, które szczególnie kochają seryjnych szlochaczy, są FMCG, telekomunikacja i kosmetyki. Niechętnie przy mydlanych operach w odcinkach reklamują się natomiast produkty z wyższej półki, na przykład samochody. – Zdarza się, że menedżerowie marki mówią, że ich produkt po prostu pasuje do serialu. Istnieje model serialowego widza i chociaż oglądają je pewnie wszyscy, to marketerzy trzymają się pewnego schematu – zauważa Bruno Sagan z domu mediowego Effective Media.

Nie da się też ukryć, że seriale są królami ramówek telewizyjnych. Wystarczy przypomnieć, że od lat, jak pokazują raporty AGB Nielsen Research, serial „M jak Miłość” jest niekwestionowanym liderem oglądalności wśród wszystkich programów telewizyjnych. Według styczniowego raportu AGB wybrane odcinki tej telenoweli potrafiły zgromadzić w 2008 r. blisko dziesięciomilionową widownię. Niezły wynik (7,4 mln widzów) miały „Ranczo” i „Na dobre i na złe” (7,3 mln widzów). Na takiej widowni stacje telewizyjne zarabiają krocie. – Emisja jednego spotu telewizyjnego przed serialem to koszt kilkudziesięciu tysięcy złotych. To jest najważniejsza pozycja w ramówkach ze względu na wysokie udziały rynkowe, oglądalność i bardzo stabilną grupę docelową. Oceniam, że seriale generują około 10 proc. zysków całej stacji – komentuje Jakub Potrzebowski, prezes ZenithOptimedia.

Dodatkowo polskie seriale zarobią znacznie więcej, gdy w Polsce zostanie zalegalizowany product placement. Na razie nasze telenowele dostają ochłapy od producentów wyłącznie dzięki tzw. sponsoringowi użyczeniowemu. Markowe eldorado w stylu „Seksu w wielkim mieście” czeka nas dopiero, gdy Unia Europejska przyjmie wspólne prawo dotyczące product placementu w ramach dyrektywy o telewizji bez granic. Ale nawet bez tej legalizacji serialowy biznes kwitnie. Telenowele dorobiły się już nawet swoich internetowych społeczności i stron, na których też można się reklamować. Witryna „M jak Miłość” ma 20 tys. unikatowych adresów IP dziennie i jest pierwszym w polskim internecie serwisem serialu dającym internautom możliwość zrzeszania się w grupy i nawiązywania znajomości z innymi fanami. I pewnie do filmowych tasiemców nie zrazi nas nawet Jan Nowicki, który polecał widzom wyrzucić przez okno seriale wraz z telewizorem, a nawet z ciocią, która je ogląda. Kiepskie aktorstwo i marna fabuła nie zrażą bowiem seryjnego szlochacza. Za obietnicę miłości konsument zaleje się łzami, które zagwarantują stacji komercyjny sukces i ogromne wpływy z reklam
.

Magdalena Rydzik - artykuł pochodzi ze strony Biznes